lipiec 2010

sierpień 2010

maj 2010

czerwiec 2010

marzec 2010

kwiecień 2010

styczeń 2010

luty 2010
   

styczeń 2009

luty 2009

marzec 2009

kwiecień 2009

maj 2009

czerwiec 2009

lipiec 2009

sierpień 2009

wrzesień 2009

październik 2009

listopad 2009

grudzień 2009
   

styczeń 2008

luty 2008

marzec 2008

kwiecień 2008

maj 2008

czerwiec 2008

lipiec 2008

sierpień 2008

wrzesień 2008

październik 2008

listopad 2008

grudzień 2008
   

styczeń 2007

luty 2007

marzec 2007

kwiecień 2007

maj 2007

czerwiec 2007

lipiec 2007

sierpień 2007

wrzesień 2007

październik 2007

listopad 2007

grudzień 2007
 

styczeń 2006

luty 2006

marzec 2006

kwiecień 2006

maj 2006

czerwiec 2006

lipiec 2006

sierpień 2006

wrzesień 2006

październik 2006

listopad 2006

grudzień 2006
 

styczeń 2005

luty 2005

marzec 2005

kwiecień 2005

maj 2005

czerwiec 2005

lipiec 2005

sierpień 2005

wrzesień 2005

październik 2005

grudzień 2005
 
LIPIEC

nr 7/2010

Ksiądz dziekan Józef Marcinkiewicz

Wśród kapłanów i wiernych Archidiecezji Białostockiej do dziś trwa pamięć o ks. kanoniku Józefie Marcinkiewiczu, proboszczu i dziekanie sokólskim. A od jego śmierci w 1968 r. minęło już ponad 40 lat. Warto przypomnieć tę postać z okazji zakończonego ostatnio Roku Kapłańskiego.

Urodził się on 2 II 1882 r. w miejscowości Cimoszka, zwanej wówczas „uroczyszczem”, w parafii Janów w powiecie sokólskim. Jego rodzice, Jan i Petronela z domu Bielawska, prowadzili gospodarstwo rolne i byli ludźmi zamożnymi. Syna Józefa, a zapewne i inne dzieci rodzice najpierw kształcili w domu, a następnie w miejscowej rosyjskiej szkole. W dziewiątym roku życia Józefa umarł ojciec. O nim ks. Marcinkiewicz w swoim życiorysie z 1926 r. napisał: „Nie wiem dlaczego ojciec mój umierając obok działki gruntu przeznaczył mi pewną kwotę pieniężną i polecił braciom, by mi ją wypłacili, o ile zechcę się kształcić. Dzięki tej mądrej zapobiegliwości ojca kształciłem się dalej w Wilnie prywatnie pod opieką Jadwigi Waltz, znanej zespołowi profesorów Seminarium Duchownego jako wzorowej wychowawczyni młodzieńców, kandydujących zwłaszcza do stanu duchownego”. Zapewne ojciec widział w małym synu chęć do nauki, a może i zalążki przyszłego powołania kapłańskiego. Obserwował zapewne, jak mały Józef ubierał przy ścianie domu ołtarzyki i próbował naśladować kapłana odprawiającego Mszę Świętą.

Do internatu Jadwigi Waltz udał się w 1901 r. i tam przez dwa lata przygotowywał się do końcowych egzaminów z poziomu gimnazjalnego. W 1903 r. udał się do Moskwy i tam złożył egzamin dojrzałości jako eksternista. Tak napisał autor życiorysu ks. Józefa Marcinkiewicza w albumie, przygotowanym z okazji 50-lecia jego kapłaństwa. Zapewne była to informacja zaczerpnięta ze wspomnień Jubilata. W 1903 r. Józef wstąpił do Seminarium Duchownego w Wilnie i po czterech latach nauki w czerwcu 1907 r. w katedrze przyjął święcenia kapłańskie z rąk bp. wileńskiego Edwarda Roppa. Uroczystą Mszę Świętą prymicyjną odprawił 26 czerwca w kościele parafialnym w Janowie.

Na pierwszą placówkę pracy został skierowany do Ostrej Bramy, gdzie jako wikariusz pracował tylko kilka tygodni. Następnie został skierowany na wikariat do Drui nad Dźwiną, na północy diecezji. Pracy tu miał bardzo dużo, gdyż parafia była bardzo rozległa i liczyła około 8500 wiernych. Po latach bardzo ciepło wspominał ówczesnego proboszcza ks. Stefana Lachowicza, z którym – jak napisał – „żyliśmy jak bracia”. Stąd, po 15 miesiącach pracy, przeszedł w jesieni 1908 r. na probostwo do Pohostu, parafii liczącej około 4000 wiernych, znajdującej się w tym samym dekanacie dziśnieńskim. Była to placówka duszpasterska trudna, gdyż około połowę ludności stanowili prawosławni, których duchowni oskarżali księdza przed władzami państwowymi za chrzty, spowiedzi i śluby, jakoby udzielane prawosławnym. Były to lata po ukazie tolerancyjnym z 1905 r. i wielu prawosławnych, zwłaszcza siłą nawróconych na prawosławie, wracało teraz na łono Kościoła katolickiego. Za to były pretensje, zatargi, a nawet sądy. Na sześć miesięcy był pozbawiony tytułu proboszcza i skazany na karę pieniężną. Ponieważ kary nie zapłacił, przesiedział dwa tygodnie w Grodnie w klasztorze franciszkańskim, zamienionym przez władze carskie na więzienie dla księży.

Utrudnieniem w pracy w Pohoście był za mały dla potrzeb wiernych drewniany kościół. Postanowił więc budować świątynię murowaną i poczynił już pewne starania w tym względzie. Niestety, administrator diecezji ks. prałat Kazimierz Michalkiewicz, na prośbę parafian Drui, powierzył mu w 1912 r. tę parafię, w której pracował w niej do 1918 r. Przyszło mu duszpasterzować tu w ciężkich latach wojny i wielkich zmian. W życiorysie swoim napisał: „Tu przeżyłem wojnę, miejscowy bolszewizm, a zatem wspomnienia mam okropne, chociaż z ludnością zżyłem się całkowicie. Tu brałem żywy udział w pracy społecznej, zwalczałem Żydów i dlatego po wkroczeniu bolszewików rosyjskich musiałem niestety opuścić parafię i to tak nagle, iż wyjechałem do chorego i już nie wróciłem do plebanii, gdyż czekała tam «czerezwyczajka», by mię aresztować. Nie wpadłem w jej szpony dzięki jedynie życzliwości parafian, którzy zastąpili mi drogę i ze łzami w oczach, ale stanowczo nie dopuścili mnie do plebanii wiedząc, że «czerezwyczajka» po dokonaniu egzekucji tuż przy kościele nad czterema mężczyznami z miejscowej ludności jedynie dla wywołania terroru, czeka na mnie”. Wspomniane „zwalczanie Żydów” nie było antysemityzmem, lecz walką z wyzyskiem i handlem żydowskim oraz wspieraniem chrześcijańskiej przedsiębiorczości.

Po opuszczeniu Drui przedostał się do Wilna do biskupa Jerzego Matulewicza, który pozwolił mu na wypoczynek w rodzinnym Janowie i Brzostowicy Wielkiej, a następnie, na wniosek dziekana grodzieńskiego ks. Leona Żebrowskiego, mianował proboszczem świeżo wskrzeszonej w 1919 r. parafii w Brzostowicy Małej. Parafię tę władze carskie skasowały po Powstaniu Styczniowym. Teraz ks. Marcinkiewicz musiał organizować wszystko od nowa. Odzyskany kościół wymagał remontów, a także trzeba było postarać się o konieczne rzeczy do wystroju świątyni i do liturgii, a także o plebanię i budynki gospodarcze. Parafian zaś było mało, tylko około 900. Solidarnie przyszły z pomocą sąsiednie parafie.

Kiedy bp Matulewicz utworzył w 1920 r. dekanat brzostowicki jego dziekanem zamianował ks. Marcinkiewicza. W dwa lat później przeniósł na najlepszą parafię w dekanacie, do Krynek. Była to parafia rozległa, licząca około 4000 wiernych, mająca na swym terytorium prawosławnych, żydów i muzułmanów (Tatarów). Radością nowego proboszcza był duży i piękny neogotycki kościół, zbudowany na początku XX wieku. Pracy miał dużo. Sam pisał, że dużo „pozostaje do zrobienia w kościele, w parafii i w dekanacie (...) Pracy parafialnej się nie obawiam, owszem ją lubię, ale obok niej chciałoby się prowadzić pracę społeczną, organizacje młodzieży i wszystko się rozbija o brak lokalu i sił kierowniczych. Nauczycielstwo idzie przeważnie w odmiennym kierunku, miejscowej zaś inteligencji nie ma. Wszelako nadzieja w Bogu”. Przez 10 lat pracował w Krynkach jeden. Musiał więc obsłużyć także szkoły. Dopiero w 1932 r. do pomocy otrzymał księdza prefekta.

W 1932 r. Arcybiskup Wileński Romuald Jałbrzykowski mianował ks. Marcinkiewicza proboszczem, a pierwszego sierpnia następnego roku również dziekanem w Sokółce. Był to z pewnością awans. Sokółka była miastem powiatowym, leżącym przy linii kolejowej Warszawa – Wilno, pomiędzy Białymstokiem i Grodnem. Parafia zaś liczyła w chwili przybycia nowego proboszcza ponad 9 700 wiernych. W pracy wspierali ks. dziekana dwaj kapłani, wikariusz i prefekt szkół.

Autor życiorysu w albumie jubileuszowym napisał: „O ile dekanat sokólski był pewnego rodzaju wyróżnieniem, to z drugiej strony wymagał wielkiego doświadczenia i roztropności, gdyż trudna sytuacja, jaką zastał wymagała natychmiastowego spłacenia długów zaciągniętych przez poprzednika na budowę plebanii. Wyżej wzmiankowany dług wynosił 35 000 zł i to w okresie największego kryzysu gospodarczego, jaki przechodziła w tym czasie cała Polska. Kościół wymagał również ciągłych remontów i inwestycji. Ledwie zdążył uporać się z tymi trudnościami, wybuchła druga wojna światowa, okupacja sowiecka i niemiecka; dwukrotnie przeszedł przez Sokółkę front niosąc ze sobą poważne uszkodzenia i straty. Przez cały ciężki okres wojenny przetrwał na swym stanowisku ufając Opiece Bożej i kierując się własną roztropnością”. Trzeba tu zaznaczyć, że 12 IX 1939 r. otrzymał od abp. Jałbrzykowskiego uprawnienia wikariusza generalnego na dekanaty: sokólski, dąbrowski, koryciński oraz parafie dekanatu grodzieńskiego po lewej stronie Niemna na czas ewentualnego odcięcia od stolicy Archidiecezji Wileńskiej. Później władzę wikariusza generalnego miał tylko na swój dekanat sokólski.

W Sokółce ks. Marcinkiewicz z zapałem poświęcał się pracy duszpasterskiej, a także trosce o świątynię, jej remonty i wyposażenie. W 1938 r. zorganizował Kongres Różańcowy z udziałem abp. Romualda Jałbrzykowskiego i biskupa pomocniczego z Pińska Karola Niemiry, wielu kapłanów i bardzo licznie zgromadzonych wiernych. W świątyni szereg razy przeprowadzał remonty i upiększał jej wystrój. Odbudował uszkodzoną mocno w 1944 r. wieżę kościelną. Poszerzył prezbiterium, zelektryfikował kościół, w 1949 r. sporządził obraz św. Antoniego do głównego ołtarza, zrobił nowe ławki do nawy głównej świątyni, organy pneumatyczne 24-głosowe (1952), nowe witraże, a w 1954 r. artysta malarz Józef Wawrzyński wykonał nową polichromię. W 1957 r. dokończył dzieła radiofonizacji kościoła. To tylko najważniejsze dokonania w świątyni, którą też wyposażył w wiele nowych szat i sprzętów liturgicznych.

Trzeba też podkreślić, że po wojnie miał wiele kłopotów z władzami Polski Ludowej. Wcześniej brat Klemens z Cimoszki z rodziną w 1941 r. był wywieziony na Sybir, gdzie z żoną na zawsze zostawili swoje kości. Bratanek Józef, słynny matematyk, docent Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, zginął jako ofiara zbrodni katyńskiej w 1940 r., a drugiego bratanka zamordowało UB w 1946 r. w Janowie. Mimo wszystko trwał na posterunku i cieszył się wielkim autorytetem i szacunkiem wśród kapłanów i wiernych. Był człowiekiem bardzo życzliwym, gościnnym, czułym na ludzkie potrzeby i biedę. Garnęli się do niego ludzie po porady medyczne, gdyż umiał leczyć ziołami.

Księdza dziekana Marcinkiewicza doceniała władza kościelna i w 1949 r. abp Jałbrzykowski mianował go kanonikiem honorowym Kapituły Bazyliki Metropolitalnej Wileńskiej. W 1957 r. obchodził uroczyście jubileusz 50-lecia kapłaństwa. Pod koniec życia wielką pomocą w kierowaniu parafią był jego współpracownik ks. Józef Niemotko. Zmarł ks. Marcinkiewicz w 1968 r. i pochowany został na cmentarzu grzebalnym w Sokółce.

ks. Tadeusz Krahel